Dziesięć lat w Unii – próba bilansu

Dziesięć lat w Unii – próba bilansu

Dziesięć lat w Unii – próba bilansu

Rozmowa Józefa Lonczaka z Krzysztofem Kazubą, rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie.
Nowiny, 25.04.2014 r.

– Jakie są efekty 10 lat naszego członkostwa w Unii Europejskiej?

– Od ponad tysiąca lat jesteśmy częścią świata europejskiego, który budował swoją potęgę na wartościach chrześcijańskich. Jeśli chodzi o ostatnie 10 lat to dobrze, że weszliśmy w struktury Unii Europejskiej by korzystać ze swobodnego przepływu ludzi, towarów i kapitału.

– Jaki jest bilans?

– Chciałbym, aby był jednoznacznie pozytywny, ale tak nie jest. Zalety każdy widzi, ale wejście do Unii obnażyło nasze słabości. Nie wykorzystaliśmy w pełni szans. Najbardziej korzystamy ze swobodnego przepływu ludzi i zniesienia granic. Na dowód osobisty możemy podróżować do krajów UE, a także do Szwajcarii czy Norwegii. To ewidentny plus. Kolejny, to możliwość korzystania z zasobów kultury i nauki. Teraz, jak przed wiekami, kiedy Polacy jechali po nauki do Bolonii czy Padwy, nasza młodzież studiuje w krajach Unii. Plusy widać też z pracy w krajach unijnych, bo także ona rozwija Polaków, którzy tam pracują i przy okazji uczą się wielu pozytywnych wartości.

– Ze swobodnego przepływu ludzi są same plusy?

– Minusy są też, ale jest ich mniej, bo dotyczą marginalnych zachowań. Niestety są one bardzo agresywnie promowane przez prymitywne media. Zapomina się, że to na wartościach chrześcijańskich zbudowano potęgę Europy. Z Zachodu płynie tsunami idei, które nie poprawiają jakości kapitału społecznego. Nie pomnażają naszego potencjału rozwojowego oraz potrzebnych Polsce i Polakom użytecznych zainteresowań i  umiejętności.

– A efekty przepływu kapitału?

– Z jednej strony napłynęły do nas relatywnie duże, bezpośrednie inwestycje zagraniczne i to jest plus. Relatywnie, bo w przeliczeniu na mieszkańca inne kraje są liderami. Niestety, „dzięki” politykom Polska straciła szansę na minimum niezależności jeśli chodzi o system finansowy. W następstwie antynarodowej, paserskiej prywatyzacji praktycznie zostaliśmy bez dużych polskich banków. A przecież system finansowy i bankowy to „układ krwionośny” dla gospodarki. Efekty odczuwamy. Połowa Polaków tonie w długach, w tym setki tysięcy młodych ludzi, którzy przez następne 50 lat będą walczyć ze spłatą kredytów, m.in. walutowych, sprytnie udzielonych przez zagraniczne banki. Uzyskanie przez polskiego przedsiębiorcę kredytu to droga przez mękę. A w międzyczasie  zagraniczni właściciele, polskich kiedyś banków, wywieźli z Polski dziesiątki miliardów euro, m.in. „dzięki” najdroższym w Europie usługom finansowym, czy operacjom typu „Chopin”.

– Półki w sklepach mamy pełne, ale to nie jest chyba pełne saldo korzyści ze swobodnego przepływu towarów?

– Rzeczywiście sklepy są pełne towarów, co cieszy konsumentów zwłaszcza tych mających pracę i nieźle zarabiających. Niestety dopuściliśmy do tego, że Polskę zalały towary zagraniczne. Nieważne czy z Chin, czy z Europy. Staliśmy się konsumentami i klientami korporacji światowych. Przy tym „zapomnieliśmy” o tradycyjnych polskich produktach, często wcale nie gorszych. Dlatego nasi producenci musieli ograniczyć produkcję i zwalniać ludzi, a bezrobotni i słabo zarabiający kupują najtańsze towary z importu. W efekcie polskie firmy, które nie znalazły odbiorców za granicą musiały likwidować miejsca pracy. Przebojem nie tylko Rzeszowa stały się „szmateksy”.

– Miał działać wolny rynek?

– Idea „niewidzialnej ręki rynku” sformułowana w 1776 roku przez ojca nowożytnej ekonomii Adama Smitha służyła Wielkiej Brytanii do podboju świata w XIX wieku. Dzisiaj służy ona silniejszym do dominacji, a w Polsce posłużyła m.in. do zniszczenia polskiego przemysłu, czego najsmutniejszym przykładem jest los stoczni czy polskiego rolnictwa. W Szwajcarii…

– …ten kraj nie jest w Unii.

– Podobne obrazki widziałem w Austrii, Danii czy Niemczech. Z jednej strony to światowi liderzy w innowacyjności. Ale co widać w zadbanych  miasteczkach i wioskach. Na polach pasą się tysiące krów, owiec i koni. Gospodarstwa mniejsze i większe, nowe i stare zabudowania gospodarcze tętnią życiem. W tych krajach udało się zachować małe gospodarstwa, które produkują żywność, a mieszkańcy prowincji nie martwią się o swoją przyszłość.

– A u nas?

– Przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej w Bratkowicach k. Rzeszowa było prawie tysiąc krów. Dzisiaj jest ich kilkanaście. Przecież to klęska. Są w naszym regionie wioski, w których krowa jest rzadkością, a jednocześnie w sklepach rzadko można kupić wołowinę. Jeśli, to najczęściej importowaną. „Dzięki” antynarodowej, bezmyślnej polityce większości rządów, nasza gospodarność, tworzenie bogactwa kraju i stabilności ekonomicznej wypada blado na tle Zachodniej Europy.

– Przedsiębiorcy umiejętnie korzystają z unijnych pieniędzy?

– Oczywistą korzyścią płynącą z członkostwa w Unii są fundusze dla przedsiębiorców, którzy dzięki tym środkom unowocześniają firmy, poprawiając swoją konkurencyjność. Dobrze, jeśli dzięki temu potrafią podbijać rynki zagraniczne. Korzysta na tym cała gospodarka, bo to oznacza rozwój technologiczny i biznesowy oraz lepszy rynek pracy. Pamiętajmy jednak o proporcjach. Na Podkarpaciu jest 160 tysięcy podmiotów gospodarczych, a ze środków unijnych skorzystało kilka tysięcy.

 – Jak wielka jest skala unijnych dotacji dla naszej gospodarki?

– Środki unijne to kilka procent rocznego PKB Polski, który aktualnie wynosi około 1,7 biliona złotych. Nie są to więc, porównując z PKB, jakieś ogromne kwoty, ale niewątpliwie są one bardzo ważne dla gospodarki. Niestety, rządzący, na czele z platformą tzw. wolności obywatelskiej, nie ułatwiają rozwoju polskiego biznesu. To chyba największa klęska tych dziesięciu lat, jak mówi premier Tusk – świetlanych 10 lat Unii Europejskiej. Bo z jednej strony do Polski napływają pieniądze. Z drugiej strony, rząd zamiast odblokować rozwój gospodarki tworzy tysiące przepisów, które ubezwłasnowolniają polskie firmy. Polscy przedsiębiorcy, polski biznes był i jest w bezwzględny sposób niszczony i „mordowany” przez m.in. tych którzy dzisiaj startują do Parlamentu Europejskiego. Rządzący krajem uczynili i czynią z Polski kraj strachu nie tylko dla przedsiębiorców ale także samorządowców i zwykłych ludzi. I to jest największy paradoks dziesięciu lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej.

– Za pieniądze z Unii budujemy infrastrukturę.

– Na tym polu mamy duże sukcesy, ale i porażki. Powstało wiele udanych inwestycji, także niewidocznych, jak wodociągi, kanalizacje i oczyszczalnie ścieków. Cieszą inwestycje drogowe, obwodnice miast i autostrady. Smuci, że A-4 miała być gotowa 2 lata temu, a jest wciąż w budowie. Niepokoi nie tylko nas, ale i Słowaków odłożenie, o kolejnych kilkanaście świetlanych lat, budowy trasy Via Carpatia z południa przez Rzeszów na północ Europy. Sytuacja na kolei to gorzej niż klęska. Minusem jest to, że zbyt wiele inwestycji jest nietrafionych. Bo jaki był sens ekonomiczny budowy lotniska w Lublinie, krytego stadionu wodnego w Warszawie czy stron www dla bezrobotnych za kilkadziesiąt milionów złotych przez specjalistów ministra od bezrobocia. Miliardy na Pendolino i kilkudziesięcioletnie Leopardy to przykłady praktyk przestępczych. W całej Polsce, także w Rzeszowie uczelnie wybudowały potężne obiekty i rozwijają konkurujące ze sobą wydziały. Jaki jest sens budowy i rozwoju  przez dwie uczelnie, w jednym mieście, dwóch centrów nanotechnologii? Przecież wystarczyłoby jedno – a dobre.

– Jeśli bilans projektów infrastrukturalnych uznać za pozytywny, to jak ocenić tzw. projekty miękkie?

– To bomba z opóźnionym zapłonem, przetrenowana już przez Greków. Pracuje przy nich tysiące ludzi. Jak się skończą unijne pieniądze na te cele, to zwiększy się bezrobocie albo zatrudnienie tych ludzi sfinansują… przedsiębiorcy. A jeśli chodzi o efekty, to są plusy i minusy. Ale wiele z tych projektów to wyrzucanie pieniędzy na badania typu – dlaczego bezrobotni są bezrobotni, czy też nietrafione szkolenia.  Badamy i szkolimy bezrobotnych w skali dotąd niespotykanej, a wystarczyło nie likwidować szkół zawodowych, służby wojskowej i tysięcy polskich przedsiębiorstw. Biurokracja rozliczeniowa projektów unijnych to potwierdzenie, że rozum i logika od dawno omijają „rządową warszawkę”, a zwłaszcza okolice ulicy Wiejskiej.

– Wejście do Unii nie rozwiązało bezrobocia w naszym regionie?

– Jednak je złagodziło, choćby przez liczne wyjazdy w świat za pracą. Bezrobocie to efekt braku lub złej polityki gospodarczej także z lat 90. Przez pogardę rządzących dla patriotyzmu gospodarczego, pogardę dla polskich przedsiębiorstw staliśmy się w dużym stopniu podwykonawcą detali i podzespołów. Nawet były wicepremier, członek Rady Polityki Pieniężnej  prof. Jerzy Hausner twierdzi, że zostaliśmy sprowadzeni do roli państwa, które dokręca śrubki do produktów wytwarzanych przez największe korporacje. To przesada, ale rzeczywiście straciliśmy potężne branże rodzimego przemysłu, o które powinniśmy dbać, a nie je likwidować.

– Zawiniły nasze przywary, brak sprytu, a może to nieuniknione koszty?

– Polityka rządu Mazowieckiego doprowadziła w latach 90. do zniszczenia dużych gospodarstw rolnych i spółdzielni. Przy odpowiednich zmianach własnościowych, przy zachowaniu ludzi tam pracujących i areału upraw te gospodarstwa mogły dalej produkować, a kilkaset tysięcy ludzi mogło pracować. W skali niespotykanej w cywilizowanym świecie wpuściliśmy hipermarkety do centrów miast i sprzedawców byle jakich towarów. „Popiwek”, zabójcze stopy procentowe, a później „chłodzenie gospodarki”, opcje walutowe i jeszcze kilka innych pomysłów rządzących i ich przyjaciół, doprowadziło do  utraty miejsc pracy w rolnictwie, usługach, produkcji i handlu. W efekcie rośnie emigracja młodych, co przekłada się na upadek więzi rodzinnych i kraj się wyludnia. Nasi rodacy tworzą już bogactwo narodowe nie dla Polski, ale dla innych krajów, dlatego, że rządzący Polską nic im nie zaoferowali.

– Sektor prywatny efektywniej wykorzystuje unijne środki?

– To trudne pytanie. Najważniejsze są inwestycje w infrastrukturę podstawową i naukę. Podkarpacie wzbogaciło się o wiele takich inwestycji. Inwestycje w konkretną infrastrukturę są znacznie lepsze niż w firmy. Przedsiębiorcy są uczuleni na punkcie efektywności, ale sami czasem przyznają, że ulegli pokusie (nie tylko oni) – jak są środki to trzeba je brać – i teraz mówią: te dwie maszyny mi nie są potrzebne, bo wystarczy jedna. Zachłanność też prowadzi do strat. Mamy wiele biznesów w Polsce, które świetnie funkcjonują, bez unijnych pieniędzy. Ponadto środki unijne dla firm zaburzają konkurencyjność. Jeśli trzy firmy otrzymują dotacje, a trzy inne z tej samej branży nie, to jak mówić o „niewidzialnej ręce rynku”?

– To chyba eurosceptycyzm?

– To jest realizm. Mamy taki paradoks, bo media tworzą atmosferę przesadnej miłości do Unii. Chyba wszyscy widzimy pozytywy członkostwa w Unii Europejskiej i plusów może być jeszcze więcej. Ale o minusach należy mówić, by nie zanegować własnych możliwości rozwoju. Przecież w latach 30. minionego wieku wybudowano Centralny Okręg Przemysłowy z polskich środków i przy pomocy pożyczek. Potrafiliśmy się też wspaniale rozwijać. Środki unijne są na rozwój. Muszą być efektywnie wykorzystane. Nasi rządzący i „euro” parlamentarzyści padają na kolana przed przedstawicielami Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. A przecież musimy się czuć  pełnoprawnymi obywatelami Europy, bez podległości, bo ta świadczy o słabości i nie ma nic wspólnego z rozsądkiem. Ale o to należy umieć walczyć a nie głosić z bilbordów bajki dla naiwnych, że załatwiłam miliardy dla Podkarpacia.

A Pan nie chciał powalczyć o miejsce w Parlamencie Europejskim?

– Cóż. Któryś z kandydatów partii opozycyjnej musiałby mi oddać miejsce na liście.

I o co by Pan walczył?

– O trzy sprawy. O wspieranie polskiej rodziny i wartości chrześcijańskich. O ludzkie, równe z inwestorami zagranicznymi  prawa dla polskich przedsiębiorców i biznesu. O dobre imię Polski i Polaków w świecie.